W tym samym roku Common Sense Advisory i Slator opublikowały swoje szacunki wielkości branży tłumaczeniowej. Jedna firma oszacowała wartość rynku na 40 miliardów dolarów, druga na 20 miliardów. Na niedawnej konferencji NEC TM pokazano oszacowanie polskiego rynku zamówień publicznych na tłumaczenia, z którego wynika, że jest on wart raptem kilka milionów euro rocznie. Dlaczego to wszystko nie trzyma się kupy?

Przyznam, że inspiracją do napisania tego artykułu jest pomysł, by przeprowadzić badanie polskiego rynku tłumaczeniowego. Dowiedzieć się, ilu mamy tłumaczy, ile biur, ile zarabiają, jak duży mamy rynek i ile „jesteśmy warci” jako branża. Pomysł będący rozwinięciem raportu branżowego, który tworzyłem w ramach konferencji TLC 2019 – który wówczas skupiał się na łatwiejszych do oceny i zmierzenia sprawach, skupionych głównie wokół trendów, obaw i perspektyw.

Od 20 lat na konferencjach branżowych powtarza się jak mantrę pewne spostrzeżenie. Skoro rynek tłumaczeń wg CSA wart jest x dolarów, a udział języka polskiego w gospodarce globalnej to 1%, to polski rynek to 1% z x. Skoro zatem CSA szacuje x na 40 miliardów dolarów, to polski rynek wart jest 400 milionów USD, czyli jakieś 1,6 mld złotych. Wg Slatora byłoby to 200 mln USD, czyli 800 mln zł. Obie liczby wydają się brzmieć sensownie, jeśli wyobrazimy sobie dziesiątki biur, tysiące tłumaczy i projekty tłumaczeniowe. Przedział 0,8-1,5 mld zł w wyobraźni wydaje się w miarę dobrze odwzorowywać skalę rynku. Tyle że to złudzenie.

Badania liczby stron w Internecie pokazują o dziwo, że równo 1% stron (stan na luty 2020) jest w j. polskim. Gdy zerkniemy na wielkość polskiego PKB w odniesieniu do innych gospodarek świata, w 2019 stanowiliśmy 0,006484 % światowego PKB.

To pokazuje, jak ogromnym wyzwaniem jest chociażby próba oszacowania rynku. Czy wielkość rynku postrzegana przez pryzmat PKB jest bardziej wiarygodna niż procentowy udział stron w Internecie? Skoro badamy rynek tłumaczeniowy, to nie da się pominąć aspektu biznesowego. Rynek, a więc coś, co zarabia, co utrzymuje stanowiska pracy, realizuje konkretne komercyjne projekty za pieniądze.

Jeśli zatem szacować polski rynek na podstawie światowych gospodarek, mielibyśmy w ogromnym zaokrągleniu w górę jedną setną udziału. Jeśli więc przyłożymy miarę CSA/Slator, okazuje się, że uzyskujemy 20-40 milionów dolarów. Skoro sam rynek zamówień publicznych jest zmierzony i oszacowany na ok. 4 miliony dolarów rocznie, to zostaje raptem kilkanaście milionów dolarów. Widać zatem, że to kompletnie nie działa. Dlaczego? Ano dlatego, że mamy w Polsce co najmniej kilkadziesiąt średniej wielkości biur, kilkanaście dużych, kilkanaście tysięcy tłumaczy. Wystarczy zapoznać się z przykładowymi raportami finansowymi biur tłumaczeń, które przecież też nie uwzględniają wszystkiego (a często jedno biuro funkcjonuje w kilku bardziej zawiłych formach prawnych ze względu na optymalizacje podatkowe), aby przekonać się, że zarobki przeciętnej wielkości biura kształtują się między 3 a 10 milionami złotych. Większe biura zarabiają kilkanaście milionów złotych rocznie. Na to wszystko nakładają się rzesze tłumaczy, którzy pracują samodzielnie i bezpośrednio: tłumaczy przysięgłych (około 9 tysięcy osób w Polsce) i konferencyjnych. Widać zatem, że udział w światowym PKB jako wyznacznik byłby niedoszacowany.

No to może zapytać biura i tłumaczy, zsumować wszystko i tak uzyskać wynik? Tu pojawiają się następujące problemy:

1) Można śmiało założyć, że większość firm nie będzie zainteresowana ujawnianiem swoich przychodów komukolwiek poza urzędem skarbowym. Stanowi to przecież tajemnicę przedsiębiorstwa i może być wykorzystywane przez konkurencję do różnych działań (np. żeby ocenić czynniki przy wojnach cenowych).

2) Biura i tłumacze mogą kłamać z tych samych powodów: mogą nie chcieć pokazać, że zarabiają więcej lub mogą sądzić, że zawyżenie zarobków może im w jakiś sposób pomóc. To od razu zmniejsza znacząco wiarygodność tak pozyskanych danych.

3) Biura bardzo często pracują z podwykonawcami. Roczny przychód biura zawierać będzie wówczas również wynagrodzenie podwykonawcy. Nie ma dobrego sposobu, żeby oddzielić te dwie pozycje, ponieważ sporo biur zatrudnia również wewnętrzny zespół.

4) Zerkanie na dochód zamiast przychód będzie nierealistyczne, ponieważ każdy podmiot biznesowy może wpływać na dochód poprzez inwestycje i zakupy. Biuro, którego prezes jeździ Ferrari, a zarabia tysiąc złotych rocznie, zafałszuje wynik w takim stopniu, że nie będzie można niczego zmierzyć.

Oczywiście wnioskiem nie jest to, że nie można niczego zmierzyć. Można, ale jest to bardzo trudne i obarczone ogromnym błędem. Spróbujmy się więc pobawić, przymykając oko na rzetelność wyników.

LinkedIn pokazuje 16 tysięcy osób podpiętych pod hasło „tłumaczenia”. Średnia krajowa to obecnie prawie 3800 zł netto. Po przemnożeniu miesięcznie daje to ok. 61 mln zł. Przez rok – 730 mln zł. Musimy założyć, że jest grupa tłumaczy, których na LinkedIn nie ma. Spośród 9 tysięcy tłumaczy przysięgłych sporo stanowi „martwe dusze”, odeszło z zawodu lub ma niezaktualizowany status na liście. Uznajmy więc, że realnie tłumaczy 8 tysięcy osób, z których połowa nie pojawiła się na LinkedIn. I też przyjmijmy, że te 4 tysiące osób zarabia średnią krajową. Rocznie dojdzie w ten sposób ok. 182 mln zł.

Jeśli zatem zsumujemy te dwie liczby, uzyskamy ok. 912 mln zł. Uprośmy sobie życie – 1 miliard.

Tyle że jest jeszcze kwestia biur. Z pewnością w 16 tysiącach wpisów z LinkedIn sporo stanowią pracownicy biur, ale powyższe oszacowanie dotyczyło wyłącznie ich pensji. Biura mają wszak jeszcze swoją marżę. W 2020 można założyć, że po uwzględnieniu kosztów administracyjnych waha się ona w przedziale między kilka a kilkanaście procent. Biura przeciętnej wielkości zatrudniają od kilku do kilkunastu osób. Duże biura mają zespoły kilkakrotnie większe. „Zjadają” również spory kawałek rynku w kilka-kilkanaście firm. Przyjmijmy, że dużych biur jest 30, każde z nich ma obrót rzędu 10 mln zł rocznie. Mniejszych jest 70, z obrotem do 5 mln zł. Jeszcze mniejszych jest 100 z obrotem do 1 mln zł rocznie. Tak, skumulowały nam się tutaj przybliżenia, założenia i mrugnięcia okiem, ale – hej! – próbujemy. Mamy więc razem 300+350 +100, razem około 500 mln zł, z czego realnie połowa to koszty podwykonawców, które już uwzględniliśmy. Zostaje z tego 250 mln zł.

Ile jest więc wart polski rynek? Nie mam pojęcia, ale liczba 1,25 mld zł wygląda jak coś, co nie jest o kilka rzędów wielkości oddalone od prawdy.

Agenor Hofmann-Delbor


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *